Tulipanomania – tajniki branży florystycznej
30

maj

Tulipanomania – tajniki branży florystycznej

W gospodarce rynkowej coś jest warte tyle, ile klient jest w stanie za to zapłacić. Jest to podejście bezduszne, ale prawda jest taka, że inaczej nie może to wyglądać, jeśli na rynku ma panować jakiś porządek. W większości branż znaczenie ma to raczej ograniczone i prawdziwe jest bardziej w długiej perspektywie czasu.

W branży florystycznej jednak potężne wahania cen są zupełnie normalne i można to zauważyć chociażby na początku lutego w okolicach Walentynek. Wahania cen nie są związane ze spekulacją, ale z prostym faktem, że podaż kwiatów w krótkiej i średniej perspektywie czasu jest właściwie sztywna, co wytwarza specyficzna sytuację rynkową.

Elastyczność nowa popytu i podaży kwiatów

Na każdym rynku cenę kształtuje zawsze zderzenie popytu z podażą. Walentynki są tutaj ważnym dniem, ponieważ zwykłe ścieranie się tych dwóch sił przekształca się w wojnę totalną. Cały świat chce wtedy kupować czerwone róże i w zasadzie nie ma żądnego ograniczenia dla popytu. Jeśli róże się pojawią, zostaną kupione. Gdyby dało się ich rzucić na rynek więcej, wszyscy by skorzystali, ale nie jest to możliwe. Pojawiają się limity produkcyjne i logistyczne. Kiedy zbliżają się Walentynki, ceny zaczynają gwałtownie rosnąć i osiągają maksimum na tydzień przed świętem. Potem gwałtownie spadają. Związane jest to z prostym faktem, że zgromadzenie dużego zapasu kwiatów ciętych nie jest w praktyce możliwe, bo to produkt szybko psujący się.

Bańka spekulacyjna na tulipanach

Dla zrozumienia specyfiki rynku kwiatów znaczenie ma historia z XVII-wiecznej Holandii. Pojawiła się bowiem wtedy pierwsza wielka bańka spekulacyjna, która do dzisiaj stanowi ważny przedmiot badań ekonomistów. Działały już wtedy rynki akcji i miały się bardzo dobrze. Handlowano na przykład akcjami Kompanii Wschodnioindyjskiej, a jej udziały uznawane były za solidną inwestycję z pewnymi perspektywami wzrostu. Tak to zresztą wyglądało przez kilka dekad. Sytuacja jeszcze pozornie się poprawiła, gdy w 1634 zaczęła się gorączka na sprowadzone pół wieku prędzej z Turcji tulipany. Tulipany zaczęły być coraz bardziej popularne i stąd słowo tulipanomania, które dzisiaj oznacza przede wszystkim potężny rozdźwięk pomiędzy ceną i realną wartością aktywów.

Złoty wiek, czyli droga ku upadkowi holenderskiej gospodarki

Początek wzrostu cen tulipanów przyszedł bardzo niespodziewanie. Nie można wskazać konkretnej daty, kiedy zaczął się boom na cebulki. Ciężko też o jeden konkretny powód. Holandia bardzo szybko się wtedy bogaciła. Kompania Wschodnioindyjska przynosiła krociowe zyski i zaistniała konieczność ponownego lokowania zarobionych pieniędzy. Strach przed ryzykiem był minimalny, gdyż Holandia była bezpieczna, a zamożność jej mieszkańców szybko i niezmiennie rosła. Nową siłą, potężną na niespotykaną dotąd skalę, stała się klasa kupiecka. Dożowie we Włoszech inwestowali w wieże kupieckie dla podniesienia swojego statusu, a kupcy holenderscy inwestowali w ogrody. Kwiaty stawały się coraz droższe, a najbardziej rozchwytywane były wciąż egzotyczne tulipany. W ciągu kilku lat ich ceny zaczęły tak szybować, że za najlepsze cebulki płacono nawet 2500 guldenów czyli równowartość sporego gospodarstwa rolnego lub sześcioletnich przychodów sprawnego rzemieślnika.

tulipany w Holandii

Bezcenny towar luksusowy

Ceny tulipanów zupełnie oderwały się od rzeczywistości. Ich produkcją zajmowało się coraz więcej ludzi, a do tego powstawały nowe odmiany. Największą furorę robiły kwiaty z nierówną kolorystyką, charakterystycznym prążkowaniem. Nie wiedziano wtedy, skąd ono się bierze. Dzisiaj wiemy, że jest to efekt wirusa atakującego cebulki. Plantator tulipanów zarażonych wirusem mógł liczyć na wielkie zyski, ale kiedy epidemia wybuchała, cała jego plantacja była niszczona. Biznes stał się nieprzewidywalny a coraz rzadziej spotykane zdrowe tulipany osiągały nieprzyzwoite ceny.

Ciągły wzrost popytu

Pomimo wielkości i bogactwa rynku, sam handel nie był specjalnie skomplikowany. Kupiec zwyczajnie wybierał się w okresie letnim do plantatora, u którego wybierał cebule odmian najbardziej mu się podobających. Lato przynosiło handlarzom gigantyczne zyski, ale okres jesienno-zimowy był niezmiennie czasem przerwy w biznesie i braku zajęcia dla osób z branży. Potężnym problemem było dla nich też rozmnażanie kwiatów. Jak wszystkie inne rośliny, można je oczywiście uzyskać z nasion. Jest to jednak dla handlarza opcja wysoce niepożądana, ponieważ zachodzi tu rozmnażanie płciowe. W praktyce oznacza to, że nigdy nie ma pewności, że uzyskamy kwiaty o dobrych właściwościach. Co więcej, prawdopodobnie nie będą one podobne do oryginału, więc kupuje się kota w worku.

Zapomnieć nie można też o tym, że regularnym zabiegiem wzmacniającym cebule kwiatów było i jest suwanie ich torebek nasiennych. Nie można tego oczywiście robić, jeśli chce się takie nasiona doprowadzić do stanu pełnej dojrzałości i wykorzystać do wysiewu. Jedyną pewną alternatywą był proces dzielenia cebul przybyszowych. Jest on w oczywisty sposób zdecydowanie wolniejszy od wykorzystywania nasion. Da się za jego sprawą uzyskać roślinę dokładnie taka samą, jak roślina pierwotna, ale trzeba mieć na uwadze, że w ten sposób rozmnażano przede wszystkim tulipany najładniejsze, czyli te dotknięte wirusem.

Chora cebula była osłabiona, co dodatkowo spowalniało jej wzrost i zmniejszało szanse na udany podział. Wszystkie te ograniczenia powodowały, że rynek był zasypywany tulipanami i stawały się to kwiaty bardzo popularne, ale w ten sposób upowszechniały się tylko odmiany pospolite i mało pożądane. Odmiany egzotyczne stawały się dobrem coraz bardziej rzadkim, podaż nie nadążała za popytem, a ceny rosły bez opamiętania.